W Zawierciu awantura z powodu zaginionego psa
Dinogate
Kilka dni temu na stronie
miejskiego serwisu internetowego, wydawanego przez Urząd Miasta
Zawiercia, pojawił się pop-up
ze zdjęciem zaginionego psa. Według właściciela, Dino został
porwany (z przeznaczeniem na handel lub udział w walkach
psów) przez firmę zajmującą się wyłapywaniem bezpańskich
zwierząt.
Firma działa na zlecenie Urzędu Miasta i jest opłacana z
publicznych pieniędzy. Zatem UM zrobił przysługę osobie...
szkalującej dobre
imię UM!

Zdjęcie Dino trafiło na miejską stronę internetową po interwencji
w Wydziale Rozwoju i Promocji Miasta pani Marii Wrońskiej,
prezes Stowarzyszenia Obrońców Zwierząt "Koala". - Pani
prezes osobiście prosiła mnie o umieszczenie informacji
o zaginionym
psie na naszej stronie internetowej. Mówiła, że właściciel
zwierzaka jest bardzo przygnębiony utratą psa, dlatego
postanowiliśmy mu pomóc - mówił nam Bartosz Romanek z WriPM
w Zawierciu,
odpowiedzialny za prowadzenie strony internetowej zawierciańskiego
magistratu.
Maria Wrońska potwierdziła tę informację. - Prosiłam promocję,
żeby umieścili informację o poszukiwaniu psa na stronie
internetowej i w gazecie. Słyszałam, że ten pan sugeruje,
jakoby psa mu
porwano, ale ja w to nie wnikam. Szkoda mi psa, bo jest
piękny, dlatego włączyłam się w poszukiwania.
Już sam fakt, że poszukiwany pies został umieszczony w
eksponowanym miejscu miejskiego serwisu internetowego,
może budzić wątpliwości
i zastrzeżenia. Administrator serwisu nie sądził jednak,
by był to jakikolwiek problem, że w miejscu gdzie publikowane
są zazwyczaj obwieszczenia prezydenta, widniał wizerunek
psa.
Nie uważał, by kolidowało to z powagą urzędu.
Nie wiedział jeszcze, że właściciel Dina twierdzi, że psa
mu porwano. Owczarek, wedle pana Zbigniewa, został złapany
przez
rakarza 6 czerwca. - Dina złapali razem z suką sąsiada,
mam na to dwóch świadków. Sukę oddali dwa dni później,
mnie zaś
powiedzieli, że Dino zaginął. Sukę oddali, bo była stara,
a mój młody, rasowy pies poszedł na handel, albo na walki.
W
Myszkowie ponoć szkolą psy do walk, może tam trafiają takie
psy, jak mój Dino. Mój kolega miał identyczną sytuację.
Dokładnie ta sama firma, która wyłapuje psy w Zawierciu,
działa w Łazach.
Tam też porwali dwa psy, po czym po tygodniu oddali starego,
a młodego nie. Giną im tylko młode, ładne i rasowe psy,
czy to państwa nie zastanawia? -pytał pan Zbigniew.
- Znam przypadek tego pana - potwierdza Mariusz Jurczyk,
właściciel firmy. - Moi pracownicy, Artur i Krzysiek, zebrali
wałęsające się psy, bodajże na Józefowie.
Jeden z psów im uciekł, kiedy próbowali je rozdzielić. Próbowaliśmy go szukać,
ale bez rezultatów. Rozumiem, że ten pan rozpacza po utracie pupila, ale
oskarżanie nas o handlowanie psami to przesada. To jest
szarganie dobrego imienia naszej
firmy, niesmaczne i krzywdzące. Działamy od 8 lat w kilku miastach regionu,
a szerzenie takich opinii przez właściciela psa może nas
narazić na straty. Absolutnie
nie handlujemy psami, to jest kompletna bzdura – zapewniał w rozmowie telefonicznej
Jurczyk.
Tymczasem administrator miejskiego serwisu zdecydował się opublikować zdjęcie
pupila pana Zbigniewa, nie mając pojęcia o zarzutach, jakie przedsiębiorstwu
pracującemu dla miasta stawia właściciel Dina. Dopiero, kiedy dowiedział
się o sprawie od nas, Romanek zadeklarował natychmiastowe usunięcie informacji
o poszukiwaniach psa ze strony, jednocześnie przyznając, że zaistniała sytuacja
nie sprzyja pozytywnemu wizerunku Zawiercia. Nie chciał jednak skomentować
swojego
udziału w sprawie.
Pośrednik między panem Zbigniewiem a Wydziałem Promocji UM, prezes Stowarzyszenia
„Koala” odcina się od całej afery. - Nie chcę zabierać głosu w tej kwestii.
Przyznaję, że to ode mnie wyszła inicjatywa współpracy z UM w poszukiwaniu
Dina (pan Zbigniew
przysłał tylko jego zdjęcie). Nie potwierdzam jednak jego rewelacji. Nigdy
nie podejrzewałam firmy Mariusza Jurczyka o działania na szkodę zwierząt,
bo znam
go od lat, razem jeździmy na interwencję i doskonale nam się współpracuje.
To jest wielki przyjaciel zwierząt.
Dino do dziś się nie odnalazł. Pop-up na głównej stronie serwisu Urzędu Miasta
niewiele pomógł w poszukiwaniach owczarka. Jak do tej pory były tylko dwa
telefony od osób, które gdzieś widziały podobnego psa.
(IP)
Grupa Vivy! W Dąbrowie Górniczej
Pomagają zwierzętom
Wioletta Makuch ma zaledwie 16 lat. Mimo to już od ponad roku
aktywnie działa na rzecz praw zwierząt i zdrowego odżywiania.
Od kilku miesięcy jest też liderką dąbrowskiej grupy Viva!
- Viva! to organizacja pozarządowa, która działa na całym świecie
- mówi Wioletta. - Zajmuje się propagowaniem zdrowego żywienia
i aktywnie walczy na rzecz ochrony życia zwierząt. Do Vivy!
trafiłam przez przypadek, znajdując ich stronę w internecie.
Początkowo chciałam działać na własną rękę - roznosić ulotki,
wieszać plakaty. Szybko zrozumiałam, że potrzebna mi będzie
pomoc. Viva! daje możliwość zakładania lokalnych grup wszystkim
zainteresowanym, skorzystałam więc z tej okazji.

Grupa Vivy! w Dąbrowie Górniczej liczy na razie pięć osób.
Są to przede wszystkim młodzi ludzie, którzy mają czas i
chęci, żeby angażować się w pracę na rzecz zwierząt.
- To przede wszystkim moi znajomi z szkoły, ale nie tylko.
Kiedy rozdajemy ulotki, albo wieszamy plakaty, często ludzie
zaczynają się interesować tym, co robimy i pytają, jak można
pomóc. Współpracują potem z nami, choć oficjalnie nie należą
do grupy - stąd stałych członków jest niewielu - tłumaczy
liderka dąbrowskiej Vivy!
Ich celem jest przede wszystkim informacja. Chcą pokazać
mieszkańcom swojego i sąsiednich miast, w jakich warunkach
przetrzymywane
i w jaki sposób zabijane są zwierzęta. Mają także nadzieję
na obalenie mitów, dotyczących wegetarianizmu.
- Mówi się, że wegetarianie to ludzie słabi, że tylko białko
zwierzęce daje siłę. To nieprawda - przekonuje Wioletta.
- Tak samo nieprawdą jest, że dieta bezmięsna nie jest odpowiednia
dla sportowców, albo że dzieci od małego powinny jeść produkty
pochodzenia zwierzęcego.
Jednak nie jedzenie mięsa nie jest warunkiem przystąpienia
do grupy. Z pięciu członków Vivy! tylko cztery są wegetarianami.
- Nie chcemy nikogo zmuszać do przejścia na wegetarianizm,
nie narzucamy w tej kwestii własnego zdania. To zbyt poważna
decyzja, by podejmować ją pod presją - tłumaczy liderka.
Na razie, ze względu na małą liczbę osób i młody wiek liderki,
działania grupy ograniczają się do spontanicznych akcji w
centrum miasta. Członkowie dąbrowskiej Vivy! mieli również
okazję wygłosić
prelekcję o zdrowym odżywianiu w jednej z miejscowych szkół.
Mimo, że na razie są to skromne osiągnięcia, Wioletta obiecuje,
że grupa nie spocznie na laurach.
- Niedługo ruszy nasza strona internetowa. Mam nadzieję,
że dzięki niej od września będziemy mogli przeprowadzić nabór
do grupy. Kiedy zbierzemy więcej osób, będziemy mogli zorganizować
częstsze i bardziej regularne spotkania, a także zająć się
promocją dąbrowskiej Vivy! W planach mamy również zorganizowanie
dużego happeningu i być może współpracę z organizacjami pozarządowymi,
działającymi na terenie Dąbrowy Górniczej – mówi.
Grupa jest otwarta dla wszystkich. Może do niej przystąpić
każdy, kto skończył 13 lat i są mu bliskie idee i cele Vivy!
Członkostwo jest dobrowolne i bezpłatne. Wioletta zachęca
również do zakładania własnych lokalnych grup.
- To bardzo proste - przekonuje. - Wystarczy wypełnić i wysłać
formularz, dostępny na stronie organizacji – www.viva.org.pl.
Znajdą się tam, oprócz danych osobowych, takie informacje,
jak - zainteresowania, dodatkowe umiejętności i zdolności,
określenie gotowości do współpracy z mediami. Potem należy
podpisać umowę o wolontariacie i grupa może działać. Ważne
jest, że choć członkowie nie mają takiego obowiązku, lider
koniecznie musi być wegetarianinem.
Natalia Dołżycka
Trafił do szpitala
Sokół w Koksowni

W czerwcu
jeden z pracowników Koksowni Przyjaźń w Dąbrowie Górniczej
znalazł wśród instalacji wydziału PW malutkiego pisklaka.
Okazało się że było to potomstwo sokoła - pustułki, które
prawdopodobnie wypadło z gniazda, co się tym ptakom często
zdarza. Pustułka
jest najczęściej spotykanym i najbardziej rozpowszechnionym
w Polsce ptakiem drapieżnym. Żyje na obrzeżach lasów i
w zadrzewieniach
śródpolnych. Nawet na wieżach i ruinach pośrodku miast.
Zauważono pustułki na Wawelu w Krakowie i w klasztorze na Jasnej
Górze.
Wydają jasne w tonie i wesołe głosy. żywią się przeważnie
myszami i nornikami, niekiedy jaszczurkami, żabami i owadami.
Wypatrują
zdobyczy z powietrza, trzepocząc skrzydłami w jednym miejscu
i chwytają ofiarę na ziemi. Pustułki są ptasimi cwaniakami.
Nie budują gniazd lecz zajmują siedziby innych ptaków.
Składają od 4 do 7 jaj. Pustułka ma do 35 cm długości i do
74 cm rozpiętości
skrzydeł. Samica jest większa od samca. Waży do 275 gram.
Sokoły - pustułki przylatują do nas w końcu marca, zaś odlatują
we
wrześniu i październiku. Gdy zima jest łagodna, niektóre
ptaki nie odlatują. Polską populację pustułek szacuje się
na 3 tysiące
par. Dąbrowscy koksownicy udzielili ptaszkowi pomocy, bez
której by nie przeżył. Stałby się ofiarą drapieżnych zwierząt.
Pisklę
zostało przewiezione do szpitala leśnego w Mikołowie. Tam
po wyleczeniu i odchowaniu zostanie wypuszczone na wolność.
Wiadomo
było dotąd, że na rozległym terenie Przyjaźni żyją dzikie
kaczki, teraz okazało się, że także sokoły.
(IŁ)