Mieszkańcy Siedliszowic kontra betoniarnia
Uciążliwe sąsiedztwo
Siedliszowice to licząca ponad 300 mieszkańców wieś w powiecie zawierciańskim, należąca do gminy Kroczyce. Około 80 domostw, a między nimi betoniarnia, która z niewielkiego zakładu zamieniła się około 4 lata temu w pokaźny kombinat. Od tamtego czasu trwa konflikt mieszkańców z jego właścicielami. Ich zdaniem towarzyszący im na co dzień nieznośny hałas, zapylenie i popękane ściany domów są efektem działalności betoniarni, choć jej właścicielka zapewnia, iż urządzenia pracujące w zakładzie spełniają normy dotyczące poziomu emitowanego hałasu.

Krzysztof Sochacki, którego posiadłość znajduje się w odległości 80 metrów od zakładu, nie ma wątpliwości, że wszystkiemu winna jest betoniarnia. – Wioska jest położona w pięknym, malowniczym terenie, gdzie nie ma nawet przelotowej drogi. Oprócz betoniarni nie ma innych źródeł hałasu i zanieczyszczeń. Duża, rozwinięta betoniarnia funkcjonuje od ok. 4 lat, a wcześniej był to mały zakład istniejący w tym samym miejscu od 1981 r. Do momentu wybudowania betoniarni Siedliszowice były oazą spokoju – twierdzi pan Krzysztof. – W sezonie produkcji wyrobów betonowych nawet kilkadziesiąt razy w ciągu dnia powtarza się hałas pochodzący od pracującej maszyny do zagęszczania betonu. Hałas jest tak duży, że czuje się drżenie ziemi pod nogami w odległości ponad 80 metrów od betoniarni. Po powrocie do domu z nocnej zmiany nie mogę spać z tego powodu – skarży się mężczyzna.

Podobną opinię ma Józef Krowicki, który tak jak inni mieszkańcy narzeka na hałas od pracujących maszyn, zapylenie oraz drgania, które według niego są tak silne, że powodują pękanie ścian jego posiadłości znajdującej się obok kombinatu.
Sprawą betoniarni siedliszowiczanie próbowali wielokrotnie zainteresować stosowne urzędy. Pan Krzysztof w lipcu 2009 r. skierował pismo do Wojewody Śląskiego z prośbą o przeprowadzenie kontroli w zakresie przestrzegania przepisów o ochronie środowiska oraz legalności prowadzonej działalności gospodarczej w betoniarni. W odpowiedzi otrzymał pismo, w którym został odesłany do Wójta Gminy Kroczyce oraz do Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska.
Interwencja w tych instytucjach sprawiła, że w końcu Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Zawierciu dokonał oględzin betoniarni oraz weryfikacji map i na ich podstawie stwierdził, że obiekty kombinatu w żaden sposób nie oddziałują negatywnie na teren działki Krzysztofa Sochackiego. Także Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska skontrolował zakład, jednak nie dokonano pomiaru poziomu hałasu tłumacząc to niepełnym obciążeniem urządzeń (koniec sezonu produkcji wyrobów betonowych) oraz niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. - Trzeba podkreślić, że podczas oględzin Inspektora Nadzoru Budowlanego nie zauważono spękanych ścian budynku nr 69, należącego do Józefa Krowickiego. Budynek ten znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie betoniarni, a spękania powstały od urządzeń wytwarzających wibracje – utrzymuje Krzysztof Sochacki. - Pomimo dokonanych oględzin i zarządzeń pokontrolnych, nie nastąpiła żadna poprawa, a powiększyła się ilość żużlo-popiołów i sypkich materiałów, niezabezpieczonych przed pyleniem. Zakład został ponownie rozbudowany i emituje znacznie więcej hałasu – dodaje.

Stanisław Wojciechowski z częstochowskiej delegatury Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska potwierdza, że w październiku 2009 r. dokonano kontroli zakładów, ale to nie była to ostatnia kontrola. - Dopuszczalny poziom hałasu ustala starostwo zgodnie z planem zagospodarowania. Po przeprowadzeniu badania informacja o poziomie hałasu trafia do starosty i dopiero wtedy można nałożyć ewentualne kary wynikające z przekroczenia normy. Pomiar natężenia poziomu hałasu w betoniarni w Siedliszowicach zostanie przeprowadzony w kwietniu lub maju tego roku – zapewnia Stanisław Wojciechowski i tłumaczy, dlaczego tak długo mieszkańcy musieli czekać na kolejne pomiary: - Do tej pory nie przeprowadzono pomiaru, ponieważ mieszkańcy nie wystosowali ponownie pisma w tej sprawie. Zajmuje też stanowisko w sprawie posesji Józefa Krowickiego. - Pan Krowicki w sprawie spękań powstałych na jego posiadłości może wystąpić o odszkodowanie – wyjaśnia Stanisław Wojciechowski.
Michał Tymochowicz
Czytelniczka zaalarmowała o zaniedbywanym psie
Pies potrzebuje pomocy?
W ubiegłym tygodniu do redakcji „Wiadomości Zagłębia” zadzwoniła jedna z czytelniczek zaniepokojona losem psa bernardyna, mieszkającego na ogrodzonym terenie przyległym do hali sportowej przy ul. Żeromskiego w Sosnowcu. – Pies jest zaniedbany, widać, że ma coś z łapą. Bardzo proszę zwrócić uwagę na to, co tam się dzieje – poprosiła anonimowo kobieta.

Pies rzeczywiście mieszka przy obiekcie sportowym. Ma wydzielony plac i zadaszenie zrobione z czegoś na kształt desek. – Często spaceruję po Parku Żeromskiego ze swoim psem, bo mieszkam przy ul. Mariackiej i widuję tego bernardyna. Przyznaję, że sam często zastanawiałem się, czy ma tutaj zapewnioną wystarczającą opiekę. Ta jego łapa wygląda dość niepokojąco, ale trudno mi się wypowiadać, bo nie jestem weterynarzem – stwierdza zapytany przechodzień.
Kobieta, która zadzwoniła do redakcji, sygnalizowała, że sprawę zgłaszała kilkakrotnie Straży Miejskiej i sosnowieckiemu oddziałowi Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. – Strażnicy powiedzieli mi, że właścicielem jest kierownik hali sportowej, ale nie mają możliwości pociągnięcia go do odpowiedzialności. Według mnie sprawę trzeba sprawdzić, bo zwierzak nie wygląda dobrze. Szkoda, żeby się w takich warunkach męczył. Zwłaszcza, że rozpytałam ludzi, którzy mieszkają przy Parku Żeromskiego i mają podobne zdanie na ten temat, więc coś musi być na rzeczy – apelowała sosnowiczanka.
Rozmowa z kierownikiem hali, Stefanem Kucią, nie była możliwa, gdyż przebywa on na zwolnieniu lekarskim. Jednakże pracownicy obiektu potwierdzają, że to właśnie kierownik jest właścicielem bernardyna. Jak jednak zapewniają, psu pod względem warunków, w jakich jest trzymany, niczego nie brakuje. – Pies ma wszystko co potrzebne. Gotujemy mu, wynosimy wodę. Kiedy jest mróz lub upał, zwierzę wprowadzamy do środka. Nie ma mowy o żadnym zaniedbaniu – zapewniają pracownicy.
Potwierdzają się za to słowa czytelniczki na temat tego, że sprawa była zgłaszana Straży Miejskiej. Jacek Krauze, jeden z funkcjonariuszy, informuje, że strażnicy wiedzą, iż bernardyn mieszka za halą sportową znajdującą się na Placu Żeromskiego. - W ubiegłym roku na początku zimy odebraliśmy interwencję dotyczącą tego psa. Nasi funkcjonariusze udali się wówczas na miejsce z przedstawicielem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, z którym ściśle współpracujemy. Nie stwierdził on jednak żadnych zaniedbań i uchybień względem bernardyna – mówi funkcjonariusz. - W tym roku jeszcze nie mieliśmy żadnych zgłoszeń w tej sprawie – dodaje.
Strażnik informuje także, że w razie negatywnej decyzji TOZ-u, Straż Miejska nie mogłaby ukarać mandatem karnym właściciela psa. - Jeśli zaszłaby taka ewentualność, to wtedy my bądź TOZ kierujemy wniosek do prezydenta miasta o odebranie psa właścicielowi i umieszczenie go w schronisku dla zwierząt – wyjaśnia procedury prawne Jacek Krauze.
Hala sportowa przy ul. Żeromskiego jest administrowana przez Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji w Sosnowcu. Co o sytuacji psa i sygnałach od czytelników sądzi jego dyrektor Zbigniew Drążkiewicz? – Przy wielu naszych obiektach trzymane są zwierzęta. Nie tylko psy, ale również koty. Uprzedzałem wszystkich kierowników, że robią to wyłącznie na własną odpowiedzialność i w takim wypadku muszą zapewnić zwierzęciu odpowiednie warunki bytności. Nie może być tak, że zwierzę jest zaniedbywane, albo stanowi utrudnienie dla klientów obiektów. O bernardynie oczywiście wiem, bo sam go kilkakrotnie widywałem, np. w korytarzu hali sportowej, gdy był tam zabierany, jeśli warunki panujące na zewnątrz nie były dla niego odpowiednie – mówi dyrektor MOSiR-u.
Jak wyjaśnia, o psy i koty dbają wszyscy pracownicy, a ich temat często poruszany jest na naradach. – Kiedy dzieje się coś niepokojącego, zawsze jestem o tym informowany. Często jest tak, że pracownicy sygnalizują, że warto by się zrzucić np. po 5 zł, bo któregoś pupila należy np. zaszczepić. Tak więc tę opiekę weterynaryjną zwierzaki mają zapewnioną – podkreśla Zbigniew Drążkiewicz. – Jeżeli jest tak, jak powiedziała ta czytelniczka, że pies ma coś z łapą, to podejrzewam, że jest już zdiagnozowany, ale oczywiście sprawdzę to i jeśli będzie taka potrzeba, odpowiednio zareaguję. Poinformuję także o wynikach tej kontroli – zapewnia dyrektor. - Cieszy mnie też postawa ludzi, którzy zwracają uwagę na takie rzeczy i wyrażają zainteresowanie losem zwierząt – dodaje.
Izabela Kieliś
Współpraca: Błażej Rogut |